Podpalił dom z żoną i dziećmi w środku. Matka Dariusza P. zabrała głos
W Ruptawie (obecnie część Jastrzębia-Zdroju) na Śląsku 13 lat temu w pożarze domu zginęła żona i czworo dzieci Dariusza P., a przeżył tylko 17-letni syn. Jak opisuje "Fakt", mężczyzna odbywa dziś karę dożywocia za podpalenie, a jego 75-letnia matka Urszula P. wciąż nie potrafi pogodzić się z ustaleniami śledczych i wyrokiem sądu.
Według ustaleń śledczych i biegłych pożar w rodzinnym domu nie był przypadkiem, lecz zaplanowanym działaniem. Ogień pojawił się jednocześnie w kilku miejscach, a dom miał zostać przygotowany tak, by odciąć domownikom drogę ucieczki.
W wyniku zatrucia tlenkiem węgla i cyjanowodorem zginęli: żona Joanna (40 lat) oraz czworo dzieci: Justyna (18 l.), Małgosia (13 l.), Marcin (10 l.) i Agnieszka (4 l.). Z budynku wydostał się jedynie najstarszy syn Wojciech.
Jak opisuje "Fakt", wynika, że rolety w oknach miały zostać wcześniej zasunięte i zabezpieczone w sposób utrudniający ich podniesienie. Drzwi wejściowe zamknięto, a ogień podłożono w kilku punktach, co miało sprawić, że płomienie rozchodziły się szybko i równocześnie. Biegli uznali, że taki przebieg wyklucza zwarcie instalacji albo przypadkowe zaprószenie.
W tym miejscu zginął Litewka. Rozmawialiśmy z żałobnikami
W materiale wskazano też, że przed pożarem do piwnicy przeniesiono cenne przedmioty, m.in. dokumenty oraz sprzęt elektroniczny, które sprawca miał chcieć ocalić. Rodzina, jak ustalono, spała i nie miała realnych szans na skuteczną ucieczkę. Wojciech przeżył, bo na poddaszu znajdowało się okno bez rolet, a z płonącego budynku wydostali go strażacy.
Polisy, długi i próba zmylenia tropów
Jak podaje "Fakt", wątek finansowy stał się jednym z kluczowych elementów śledztwa. Trzy tygodnie przed tragedią Dariusz P. ubezpieczył rodzinę na wysoką kwotę na wypadek pożaru. W polisach miała znajdować się także klauzula przewidująca podwojenie świadczenia w razie śmierci bliskich. Jednocześnie jego zadłużenie miało sięgać 3,5 mln zł i wynikać z nieudanych interesów oraz presji wierzycieli.
Po śmierci żony i dzieci skazany próbował doprowadzić do wypłaty środków z polis, jednak pieniądze nie zostały wypłacone. Z relacji wynika również, że Dariusz P. starał się odsunąć od siebie podejrzenia. W dniu pogrzebu miał wysłać do siebie SMS z innego numeru, sugerując rzekomego sprawcę. Wpłacił też 5 tys. zł, co miało wyglądać jak próba zadośćuczynienia ze strony fikcyjnego szantażysty.
Wyrok dożywocia i argumenty sądu
Sprawa zakończyła się karą dożywotniego pozbawienia wolności z zastrzeżeniem, że o warunkowe zwolnienie Dariusz P. może starać się najwcześniej po 35 latach. Kasacja w Sądzie Najwyższym została odrzucona, a sąd nie dopatrzył się okoliczności łagodzących.
- Oskarżony zaplanował tę zbrodnię, przygotował ją i zrealizował dla pieniędzy - mówił sędzia Sądu Apelacyjnego w Katowicach.
Dariusz P. odbywa karę w Zakładzie Karnym w Wojkowicach.
Trzynaście lat po tragedii do sprawy wraca "Fakt", opisując rozmowę z Urszulą P., 75-letnią matką skazanego. Kobieta przekonuje, że jej syn nigdy się nie przyznał, dlatego ona sama ma problem z zaakceptowaniem wyroku.
- On się nigdy nie przyznał, ja wciąż nie wierzę, że taką straszną rzecz zrobiło moje dziecko - mówi Urszula P. w rozmowie z "Faktem".
Jak relacjonuje dziennik, dziś utrzymuje ona z synem głównie kontakt telefoniczny, bo stan zdrowia nie pozwala jej na częste wizyty w więzieniu. Ostatni raz miała widzieć go ok. pięć lat temu w Wojkowicach.
W rozmowie pojawia się też wątek Wojciecha - jedynego ocalałego dziecka. Urszula P. opowiada, że wnuk założył rodzinę, ale nie chce mieszkać w domu, w którym doszło do pożaru, i przeniósł się w inne miejsce. Podkreśla również, że Wojciech i jego żona wspierają ją na co dzień.
Kobieta - jak czytamy - ani razu przez 13 lat nie weszła do spalonego budynku w Ruptawie. Tłumaczy to brakiem sił do wracania do bolesnych wspomnień. Wspomina też zmarłych wnuków i to, kim mogliby dziś być.
Kobieta dodaje, że jej mąż zmarł osiem miesięcy po pożarze. Tłumaczy to ciężką chorobą, ale i załamaniem po tragedii.
- Najtrudniejsze są dla mnie święta. Wtedy płaczę, że taki los mnie spotkał. Gdy dzwoni do mnie, mówi mi: "Mamo, nie płacz, spotkamy się kiedyś na święta", ale ja wiem, że nie doczekam tego, nim on skończy odsiadywać karę - mówi seniorka.
Dom, w którym zginęło pięć osób, pozostaje niezamieszkany, nosi ślady pożaru, a wejście jest zabezpieczone deską.