Do tragicznego wypadku doszło w niedzielę na terenie rezerwatu Little Big Econ State Forest na Florydzie. Jak opisuje "The New York Post", 31-letnia Brittany Clark zginęła po ataku aligatora podczas wycieczki z chłopakiem. Para wędrowała po okolicy i postanowiła zatrzymać się na krótką kąpiel w rzece Econlockhatchee.
Według przedstawicieli Florida Fish and Wildlife Conservation Commission kobieta znajdowała się w wodzie o głębokości około jednego metra, gdy została zaatakowana przez aligatora mierzącego około 3,7 metra długości.
- Wędrowali szlakiem i po prostu zatrzymali się, żeby popływać - powiedział rzecznik służb Chad Weber. Jak dodał, zwierzę zaatakowało kobietę, gryząc ją w oba ramiona.
Chłopak 31-latki natychmiast ruszył jej na pomoc. Próbował wyrwać ją z paszczy aligatora i zdołał uwolnić jedną kończynę. Zwierzę natychmiast chwyciło jednak drugą rękę. Mężczyzna wezwał służby ratunkowe i do końca walczył o życie partnerki.
Dramatyczne chwile zarejestrowało nagranie rozmowy z numerem alarmowym 911. Słychać na nim, jak mężczyzna błaga o jak najszybszą pomoc. - Jest źle, bardzo źle, proszę, pospieszcie się… ona traci bardzo dużo krwi - mówił do operatora.
Mimo podjętej akcji ratunkowej Brittany Clark zmarła w drodze do szpitala w wyniku rozległych obrażeń. Po zdarzeniu służby odnalazły aligatora odpowiedzialnego za atak. Zwierzę zostało uśpione, a jego głowę zabezpieczono jako materiał dowodowy.
Jak opisuje "The New York Post", Brittany Clark była miłośniczką aktywnego wypoczynku i często publikowała w mediach społecznościowych zdjęcia z wycieczek. Pracowała jako operatorka spycharki, a po godzinach uczestniczyła w wydarzeniach muzycznych. Sprawa wstrząsnęła lokalną społecznością i ponownie zwróciła uwagę na zagrożenia związane z kąpielą w akwenach, w których występują aligatory.