Minęło 31 lat od zaginięcia Ani. Brat wyznaczył nagrodę
10-letnia Ania Jałowiczor zaginęła w styczniu 1995 r. Poszła na szkolną dyskotekę, z której nigdy nie wróciła. Po ponad trzech dekadach wznowiono śledztwo w tej sprawie. Brat Ani - Dominik Jałowiczor - oferuje 150 tys. zł nagrody osobie, która pomoże rozwikłać zagadkę zaginięcia jego siostry.
- Ania zaginęła w dniu moich dziewiątych urodzin – wspomina w o2.pl Dominik Jałowiczor, brat zaginionej. - Niewiele z tego dnia pamiętam. Mam takie przebłyski - ciemny pokój, niebieskie światła policyjnych radiowozów przebijające się przez szyby. I ten moment, kiedy ruszyła akcja poszukiwawcza. Powiadomiono policję, w okolicy pojawiła się straż pożarna ze szperaczem.
Był 24 stycznia 1995 roku. Ania, 10-letnia uczennica czwartej klasy, bawiła się w szkole w Simoradzu (powiat cieszyński) na zabawie karnawałowej. O godz. 20.00 dziewczynka wyszła przed szkołę. Jak dowiadujemy się z opowieści jej brata, prawdopodobnie czekała na babcię, ale w końcu ruszyła sama w kierunku domu. Kolega - rówieśnik z klasy Ani - przeszedł z nią część drogi, około 50 metrów. Dziewczynka powiedziała mu jednak, że dalej pójdzie już sama.
Co wydarzyło się później? To pytanie do dziś pozostaje bez odpowiedzi. Ania miała do pokonania kilkaset metrów. Ponieważ nie wróciła do domu, bliscy rozpoczęli poszukiwania (dziewczynka tymczasowo mieszkała u dziadków, rodzice wyjechali do Francji, by zarobić na zakup domu), a po godz. 22.00 zgłosili zaginięcie policji. Rozpoczęto akcję poszukiwawczą.
Wznowienie śledztwa
Minęło 31 lat od tamtych wydarzeń. Niespodziewanie sprawa nabrała tempa. Zainteresowali się nią eksperci z policyjnego Archiwum X. Następnie śledztwo wszczęła Prokuratura Okręgowa w Bielsku-Białej. Obecnie, jak przekazała niedawno Interia, jest ono prowadzone w sprawie uprowadzenia, ale również pozbawienia życia dziecka.
Z uwagi na dobro śledztwa nie mogę wchodzić w szczegóły, natomiast mogę powiedzieć, że prowadzone są liczne czynności dowodowe i operacyjne w tej sprawie. One ciągle trwają i planowane są kolejne – podkreśla w rozmowie z o2.pl prokurator Paweł Nikiel, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej.
Jak słyszymy, w lutym ubiegłego roku prok. Nikiel przygotowywał się do rozmowy z dziennikarzem kręcącym reportaż na temat sprawy zaginięcia 10-latki. Po zapoznaniu się z aktami stwierdził, że warto do tej sprawy wrócić, ponieważ pojawiły się możliwości przeprowadzenia dodatkowych dowodów.
Generalnie popełniono wtedy [w latach 90. - red.] wiele błędów. Dla mnie niewytłumaczalnych. Są bardzo duże luki w aktach śledztwa, tych starych aktach, więc bardzo się cieszę, że pan prokurator po tylu latach zainteresował się sprawą i dostrzegł te błędy. Liczymy na to, że mimo upływu wielu lat i śmierci niektórych świadków, uda się dotrzeć do prawdy – podkreśla brat zaginionej.
Prok. Nikiel, dopytywany o ewentualne zaniedbania, do których mogło dojść przed laty, wyjaśnia: - Ciężko mi ocenić postępowanie prowadzone 30 lat temu, ponieważ metodyka postępowania się zmienia. Zmieniają się możliwości dowodowe i pewna perspektywa spojrzenia na sprawę.
Nie mogę powiedzieć, że doszło do zaniedbań, mogę powiedzieć, że z jakiegoś powodu pewne czynności nie zostały przeprowadzone - dodaje prokurator.
"Do śmierci zapewniała, że słyszała krzyk dziecka"
Gdy ówczesna sołtys Simoradza dowiedziała się o zaginięciu Ani, przypomniała sobie, że feralnego wieczoru, około godz. 20.00, usłyszała krzyk dziecka. Widziała też odjeżdżający beżowy samochód - Fiata 125p lub Ładę (o podejrzanym samochodzie, kręcącym się po okolicy, mówili również inni świadkowie).
"Ona do śmierci zapewniała, że widziała ten samochód i słyszała krzyk dziecka. Była nawet w Krakowie u jakichś specjalistów, gdzie wprowadzono ją w stan hipnozy. Miała nadzieję, że przypomni sobie numery rejestracyjne auta, ale nic z tego nie wyszło" – opowiadała po latach pani Krystyna, mieszkanka Simoradza, w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
Sporządzono wówczas portrety pamięciowe dwóch mężczyzn, którzy mogli mieć związek z zaginięciem Ani (już wcześniej mieli zaczepiać uczennice szkoły). Ostatecznie jednak działania policji nie przyniosły rezultatu. Śledztwo zostało umorzone, ale mieszkańcy Simoradza nigdy nie zapomnieli o tych dramatycznych wydarzeniach.
Uważam, że ktoś z miejscowości musi coś wiedzieć – mówi nam Dominik Jałowiczor. - To jest mała śląska miejscowość, domy są porozrzucane, oddalone od siebie. Jest tu sieć małych lokalnych dróg i trzeba wiedzieć, jak dojechać do szkoły, żeby się nie zgubić. Trzeba też było wiedzieć, że tego dnia w szkole odbywała się zabawa karnawałowa. To niemal niemożliwe, żeby ktoś tam trafił przez przypadek, po prostu przejeżdżając przez wieś – zaznacza.
Jedna doba, dwie ogromne tragedie
Podczas poszukiwań Ani dokonano makabrycznego odkrycia. W jednym z okolicznych stawów strażacy natrafili na ciało młodej kobiety. Zmarła, według "GW", była siostrą nauczyciela z simoradzkiej szkoły.
W małej miejscowości, liczącej około 800 mieszkańców, w ciągu kilkudziesięciu godzin wydarzyły się dwie ogromne tragedie – podkreśla Dominik Jałowiczor. - Ania zaginęła wieczorem, około godz. 20.00, a następnego dnia odnaleziono torebkę tej kobiety. Po siedmiu dniach od zaginięcia Ani znaleziono zwłoki. Wersja oficjalna jest taka, że ta pani przechodziła przez potok, być może się poślizgnęła i wpadła do wody (stawu hodowlanego). Ciało było wciśnięte w rurę - dodaje.
Policja odrzuciła jednak wersję, że te sprawy są ze sobą powiązane. Uznano, że doszło do nieszczęśliwego wypadku.
150 tys. zł za informacje
Brat zaginionej wyznaczył nagrodę za informacje, które pozwolą dotrzeć do prawdy.
Oferuję nagrodę w wysokości 150 tys. zł dla osoby, która przedstawi rzetelne informacje na temat tego, co się wydarzyło. Nagroda pochodzi z własnych środków, chcę w ten sposób zachęcić kogoś, kto zna prawdę, kto może pomóc w rozwikłaniu zagadki. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek obawy, może się do mnie zgłosić anonimowo – mówi brat Ani.
Wznowienie śledztwa przywróciło nadzieję bliskim Ani. – Musimy uzbroić się w cierpliwość. Pokładamy w panu prokuratorze duże nadzieje. Liczymy się z tym, że być może nie odnajdziemy Ani żywej. Natomiast czekamy na jakiekolwiek rozwiązanie tej sprawy. Chcielibyśmy poznać prawdę – podkreśla Dominik Jałowiczor.
Aneta Polak, dziennikarka o2.pl