Próbował ratować ofiary wypadku Sebastiana M. "Klamka została w ręku"
Dramatyczne zeznania na kolejnej rozprawie wypadku Sebastiana M. Świadek, który próbował ratować trzyosobową rodzinę, wyznał, że wraz z kolegą wybili okno w osobowej Kii i szarpali za klamki, aby dostać się do ofiar. - Artur próbował otworzyć drzwi pasażera. Temperatura była tak duża, że klamka została mu w rękach. Ludzie w aucie krzyczeli "proszę, pomóż mi" - zeznał.
12 marca Sąd Rejonowy w Piotrkowie Trybunalskim przesłuchał dwóch kolejnych świadków, którzy uczestniczyli w akcji ratowniczej w trakcie wypadku, do którego doszło 16 września 2023 roku. W zderzeniu BMW i Kii zginęła trzyosobowa rodzina. O spowodowanie wypadku oskarżony jest Sebastian M.
Wstrząsające zeznania złożył mężczyzna, który jechał jako pasażer busa. Kierowca i pasażer tego auta jako pierwsi próbowali ratować pasażerów Kii, którzy zginęli w wypadku na autostradzie A1 w pobliżu Piotrkowa Trybunalskiego.
Ja spałem w trakcie tego wypadku. Pamiętam, że Artur, kierowca busa mnie szturchnął. Usłyszałem tylko: "Patrz, samochód płonie. Dawaj gaśnicę, lecimy". Podbiegliśmy do auta z gaśnicą. Artur próbował otworzyć drzwi od strony pasażera, ale się nie udało. Temperatura była tak duża, że klamka została mu w rękach - powiedział mężczyzna.
Pytania bez odpowiedzi. Stanęli przed sądem ws. Sebastiana M.
Świadek zeznał, że wybił okno Kii wraz z kierowcą. Wtedy pożar się rozprzestrzenił.
Ludzie w aucie krzyczeli "proszę, pomóż mi". Pożar jednak dostał tlenu. Najbardziej paliło się od strony kierowcy. Trudno to zapomnieć. Pamiętam, że podbiegł do nas mężczyzna z gaśnicą. Zaczął gasić, ale uznaliśmy, że to nie miało sensu. Stwierdziliśmy, że to się nie powiedzie - zeznał wstrząśnięty świadek.
Swoje zeznania złożyła również policjantka, która interweniowała na miejscu zdarzenia, niedługo po wypadku. Początkująca policjantka przeprowadzała m.in. badanie na zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu Sebastiana M.
Tam leżała masa rzeczy. Zdarzenie było rozległe. Pamiętam, że zbieraliśmy rzeczy osobiste, te porozrzucane. Byłam też przy BMW. Czy pamiętam urwane koło? Tak, pamiętam podobny element, ale nie jestem w stanie nic więcej na ten temat powiedzieć - zeznała funkcjonariuszka.
Kwestia urwanego koła stanowi jeden z elementów linii obrony Sebastiana M. Obrona oskarżonego uważa, że "Kia poruszała się na kole dojazdowym i nie powinna poruszać się po autostradzie, gdyż koło to ogranicza prędkość do 50 km/h".
Portal brd24.pl ujawnił, że koło dojazdowe Kii umożliwia jazdę z prędkością 80 km/h. Z informacji portalu wynika też, że trzy koła od Kii nadal były przymocowane do podwozia pojazdu, a jedno z kół znaleziono we wraku auta. Potwierdza to tezę biegłych, że znalezione na jezdni koło mogło być "dojazdówką", ale nieużywaną w trakcie jazdy.
Z kolei z informacji o2.pl wynika, że to BMW Sebastiana M. nie powinno być dopuszczone do ruchu. Przyznali to właściciele firmy, która tuningowała mężczyźnie jego BMW.
Teoretycznie według prawa powinien pan jechać na stację kontroli diagnostycznej i zrobić przegląd, tylko z tego co wiemy, nie ma takiej możliwości technicznej, ponieważ diagności nie mają hamowni, to po pierwsze. Po drugie oni nie mają wydruków. Po trzecie nie są w stanie nic zmieniać w dowodzie rejestracyjnym. Będą na pana dziwnie patrzeć. To jest martwe prawo – przekazał w rozmowie z o2.pl pracownik, podkreślając ponownie, że "auto po tuningu nie powinno być dopuszczone do ruchu".
Sprawa Sebastiana M.
Proces Sebastiana M. pierwszy raz stanął przed Sądem Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim we wrześniu 2025 roku. Mężczyzna został oskarżony o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym na autostradzie A1. Doszło do niego 16 września 2023 roku między 338 i 339 kilometrem A1 (w pobliżu Piotrkowa Trybunalskiego).
Z ustaleń śledczych wynika, że prowadzone przez M. BMW 850i poruszało się po drodze z prędkością ponad 315 km/h i uderzyło w osobową Kię. Uderzenie było tak silne, że doszło do pożaru Kii. W zdarzeniu żywcem spłonęła trzyosobowa rodzina (dziecko oraz dwójka rodziców).
M. nie został zatrzymany przez służby zaraz po zdarzeniu. Umożliwiono mu wyjazd z Polski. Sprawa stała się głośna, gdy mężczyzna udał się do Niemiec, a następnie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich (przez Turcję, gdzie dojechał drogą lądową). Do postawienia mężczyzny przed sądem konieczna była procedura ekstradycyjna. Ostatecznie M. został sprowadzony przez służby do Polski w maju 2025 roku. Za zarzucane przestępstwo oskarżonemu grozi kara do 8 lat pozbawienia wolności.
Marcin Lewicki, dziennikarz o2.pl