Szokujące słowa Sebastiana M. Miał twierdzić, że "ktoś go zepchnął z drogi"
Podczas zeznań strażaka, który był na miejscu wypadku na autostradzie A1, na jaw wyszły szokujące okoliczności. Okazuje się, że Sebastian M. i jego pasażerowie próbowali zrzucić odpowiedzialność za wypadek na inne auto. - Stwierdzili, że ktoś zepchnął ich z drogi - zeznał dowódca zastępu OSP z Sierosławia. Inny strażak zeznał, że jeden z pasażerów BMW powiedział: "tak to jest, jak ludzie w lusterka nie patrzą".
12 lutego w Sądzie Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim rozpoczeła się kolejna rozprawa Sebastiana M. Mężczyzna jest oskarżony o spowodowanie śmiertelnego wypadku na autostradzie A1 pod Piotrkowem Trybunalskim. W wypadku zginęła trzyosobowa rodzina. Ofiary spaliły się żywcem w osobowej Kii.
Według śledczych M. jechał swoim BMW ponad 315 km/h i uderzył w drugi samochód. Mężczyzna po zdarzeniu wyjechał z kraju do Niemiec i uciekł do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Sprawa zyskała ogólnopolski rozgłos. Mężczyznę udało się sprowadzić dopiero w maju 2025 roku (po zakończeniu procedury ekstradycyjnej). We wrześniu 2025 roku M. stanął przed sądem.
Na miejscu wypadku, do którego doszło we wrześniu 2025 roku interweniował zespół Ochotniczej Straży Pożarnej z Sierosławia. Dowódca zastępu ujawnił, jak po wypadku zachowywali się Sebastian M. i jego pasażerowie. Mężczyźni od początku próbowali zrzucić odpowiedzialność za wypadek na inne auto.
Rozmawiałem z mężczyznami, którzy jechali w BMW. Jeden z nich pytał, co stało się z ofiarami. Nie pamiętam który. Powiedziałem im, że ofiary się spaliły. Stwierdzili, że ktoś ich zepchnął z drogi. Trzecie auto. Nie mówiłem o tym służbom na miejscu, nie wiem czy to było ustalane. Dopiero w domu dowiedziałem się, że żadnego auta nie było - powiedział strażak.
Dowódca OSP z Sierosławia opisał również przebieg akcji ratowniczej. Mężczyzna mieszka nieopodal autostrady. Od razu wiedział, że stało się coś złego.
Wybiegając z domu widziałem, że coś się pali. Koleżanka mówiła, że to prawdopodobnie auto. Podjąłem decyzję, aby jechać autostradą pod prąd. Liczył się czas. Dojeżdżając na miejsce, natrafiliśmy na rozbite auto. Było nieoświetlone. Koło auta stały trzy osoby. Przyhamowaliśmy, chcieliśmy udzielić im pomocy. Kiwali i mówili, żebyśmy jechali dalej, bo tam się auto pali - ujawnił strażak. Autem, które widzieli członkowie zastępu OSP było BMW prowadzone przez Sebastiana M.
Gdy strażacy dojechali na miejsce, od razu w ich kierunku podbiegł kierowca busa (mężczyzna próbował jako pierwszy ratować ofiary wypadku na A1). - Zatrzymaliśmy się przy palącym pojeździe. Kierowca busa krzyczał, że w środku są pasażerowie. - powiedział dowódca OSP z Sierocka. Strażacy przyznali, że dopiero po ugaszeniu ognia okazało się, że w aucie są trzy spalone osoby.
Strażak powiedział też, że początkowo służby otrzymały wiadomość, że w spalonym samochodzie mogło być drugie dziecko. Wynikało to z rzeczy osobistych, które znaleziono na miejscu. Wśród ubranek dziewczynki były ubranka dla chłopca.
Otrzymaliśmy informację, że w samochodzie mogło być drugie dziecko. Szukaliśmy go, ale nie znaleźliśmy. Całe szczęście - dodał strażak.
Inny ze strażaków interweniujący na miejscu wypadku przyznał z kolei, że jeden z pasażerów BMW rzucił w jego kierunku: "tak to jest, jak ludzie nie patrzą w lusterka". Słowa te poruszyły osoby, które obserwowały proces Sebastiana M. Rodzice i dziadkowie ofiar słuchali zeznań strażaków ze łzami w oczach.
Sebastianowi M. za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym grozi kara do 8 lat pozbawienia wolności.