"Nie patrzyłem na jezdnię". Zginął ojciec i syn. Tłumaczenia 25-latka
Ruszył proces 25-letniego Dawida F. Jest on podejrzewany o spowodowanie śmiertelnego wypadku w Warszawie. Przyznał się, że uderzył Oplem w motocykl, którym jechali 45-letni mężczyzna z 13-letnim synem. Obydwaj zmarli. Sprawca uciekł. - Bo się bałem, bo miałem zakaz prowadzenia pojazdów - tłumaczył przed sądem.
10 lipca 2025 roku 45-letni Norbert z 13-letnim synkiem wracali z meczu Legii Warszawa remontowanym odcinkiem Wisłostrady w Warszawie. W pewnym momencie uderzył w nich pojazd jadący z naprzeciwka. Biegły, na podstawie nagrania z monitoringu, wyliczył, że kierowca Opla aż dwukrotnie przekroczył dopuszczalną w tym miejscu prędkość, a na liczniku miał około 108 km/h.
Właśnie ruszył proces ws. tej tragedii. Relacją podzielił się portal brd24.pl. Przytoczono m.in. wyjaśnienia kierowcy Opla.
Prowadziłem normalnie, byłem zmęczony, zaspany po całym dniu pracy. Chciałem wyprzedzić auto poruszające się przede mną. Jak wyprzedzałem, Mariusz (pasażer - dop. red.) mnie zapytał o coś, odwróciłem się i nie patrzyłem na jezdnię. To był moment uderzenia. Nie miałem świadomości, w co uderzyłem - przekazał 25-letni Dawid F., cytowany przez wspomniany serwis.
Siła uderzenia była tak duża, że motocykl pana Norberta rozpadł się na pół. 45-latek zginął na miejscu, a jego syn zmarł w szpitalu.
"Byłem w szoku"
Krótko po wypadku Dawid i Mariusz wydostali się z wraku auta i szybko uciekli. Twierdzą, w co trudno uwierzyć, że... nie byli świadomi ogromnej tragedii.
Byłem w szoku, nie wiedziałem, co się dzieje. Odszedłem kawałek, złapałem taksówkę, wróciłem do hostelu. Za duży był stres po prostu. Nie miałem świadomości, że uderzyliśmy w motor i że tam zginęli ludzie - mówił Dawid przed sądem.
Serwis brd24.pl zauważył, że prokurator Klaudia Grzesik zwróciła uwagę na to, że w pierwszych zeznaniach Dawid wypowiadał się tak, jakby doskonale wiedział, że uderzył w ludzi. - Miałem popękaną szybę, także chyba ktoś uderzył. Oni przelecieli przez nasze auto. Potem ten Mariusz powiedział, że uciekamy i uciekliśmy - mówił.
Sam 25-latek utrzymywał zaś, że to policjanci mu uświadomili, że doszło do wypadku, a wtedy "próbował sobie to odtworzyć w głowie".
Na nieścisłości uwagę zwróciła też sędzia. Ostatecznie Dawid F. i Mariusz P. przyznali się do zarzucanych im czynów. Przeprosili rodzinę ofiar. Bliscy zmarłych mają jednak wątpliwości, czy to były szczere słowa.
W momencie tragedii Dawid F. kierował bez uprawnień. Od dwóch lat nie powinien był wsiadać za kierownicę. Brd24.pl przypomina, że na jego koncie pojawiały się mandaty za przekroczenie prędkości, brak przeglądu auta czy za kolizję. "Prawko" stracił zaś za jazdę pod wpływem alkoholu.
Dlaczego więc złamał zakaz prowadzenia pojazdów?
Bo musiałem utrzymywać działalność i jeżdżenie autem to był jedyny sposób, żeby zarabiać na rodzinę i siebie - oznajmił w sądzie.