Poprosiła, by wyszli. Porażające słowa na procesie Żaka. "Bałam się"
Na kolejnej rozprawie ws. tragedii na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie w sądzie pojawiła się Sara S., uważana za kluczowego świadka. Już na początku poprosiła o to, by mężczyźni związani z wypadkiem opuścili salę. Następnie zmieniła wcześniejsze zeznania.
27 lutego przed sądem nie stawił się Łukasz Żak, oskarżony o spowodowanie tragicznego wypadku na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie. Tłumaczył, że ma kaszel i gorączkę.
Po wielu miesiącach wezwań w budynku sądowym pojawiła się natomiast Sara S. Jest ona uznawana za jednego z najważniejszych świadków w tej sprawie. Młoda kobieta jechała tym samym autem, co Żak. Po wypadku odwiedził ją w domu.
Słowa, które Sara S. wypowiedziała w sądzie, przytacza "Fakt". Kobieta ujawniła choćby to, jak Łukasz Żak zachowywał się po wyjściu z restauracji, krótko przed tragedią na Trasie Łazienkowskiej.
Jak wyszliśmy, to był pobudzony, robił zamieszanie wokół siebie, ale to nie było tak, że był całkiem nawalony, na przykład zasypiał - mówiła.
Tabloid zauważa, że w trakcie pierwszych zeznań - w lipcu 2025 roku - kobieta stwierdziła, że... Żak nie pił wtedy alkoholu. Mówiła, że gdyby tak było, to jej chłopak nie pozwoliłby mu kierować autem.
S. - jak spostrzega "Fakt" - wcześniej oświadczyła również, że auto jechało z prędkością około 170 km/h.
Jak spojrzałam na licznik tuż przed samym wypadkiem, to na liczniku było 190 km/h. Widziałam, że Łukasz Żak, trzymając rękę na kierownicy, trzymał w ręce telefon i nagrywał - oznajmiła natomiast w piątek.
"Cały czas wyzywał"
Opisywała też sam moment tragedii. - Jeżeli chodzi o sam wypadek, pamiętam straszny ból. Poczułam uderzenie czymś szklanym w głowę. Z jednej rany z głowy wystawał mi kawałek szkła. Nad prawym okiem miałam poranioną głowę jeszcze dwa tygodnie po wypadku. Bolała mnie strasznie lewa noga, stopa, cały piszczel - kontynuowała.
Zrelacjonowała ponadto, jak wyglądał moment, w którym do jej mieszkania przyszedł Łukasz Żak.
Krzyczał, że mamy mu otworzyć drzwi, a jak nie, to nas "za***ie". Jak wszedł do mieszkania, zaczął się zachowywać jak opętany. Bałam się go. Cały czas wyzywał i powiedział, że jak się nie zamknę, to weźmie nóż. A gdy zapytaliśmy, skąd się tu wziął, zmieszał się i powiedział, że wrócił pieszo. Wydało mi się to bzdurą, bo w jaki sposób miałby taki poobijany wrócić pieszo na Bielany - zaznaczyła Sara S.
Mówiła również o groźbach, które dostawała od Żaka za pośrednictwem mediów społecznościowych. Podkreślała poza tym, że jej wcześniejsze zeznania mogły być niepełne lub niespójne z uwagi na stres związany z obecnością Żaka w sądzie. Tłumaczyła, że była w ciąży i miała obawy zarówno o siebie, jak i o dziecko.
Łukasz Żak został oskarżony o spowodowanie tragicznego wypadku drogowego, do którego doszło w nocy z 14 na 15 września 2024 roku na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie.
Według śledczych prowadził samochód z bardzo dużą prędkością, przekraczającą 200 km/h, będąc pod wpływem alkoholu, po czym uderzył w auto, którym podróżowała czteroosobowa rodzina. W wyniku zderzenia zginął 37-letni mężczyzna, a jego żona i dzieci zostali ranni. Po wypadku Żak uciekł z miejsca zdarzenia i został później zatrzymany za granicą.